Harry obudził się w dziwnym pomieszczeniu. Nie rozpoznał go, ale wiedział, że znajdował się w Hogwarcie. Czuł się dziwnie. Miał wrażenie, że wakacje dopiero się zaczęły, a tu już rok szkolny.
Dziwne...
Nie pamiętał nic co się działo u Dursleyów, więc przeżył szok widząc swoją zabandażowaną rękę. Odwinął delikatnie opatrunek. To co zobaczył przekroczyło jego najśmielsze oczekiwania. Jego dłoń była dosyć mocno spalona, w niektórych miejscach zmieniła kolor. Z szeroko otwartymi ustami delikatnie ją dotknął. Nie poczuł nic. Dotknął trochę mocniej - znowu nic. Po dłuższym namyśle postanowił dźgnąć ją świecznikiem, który leżał na stole. Najpierw wypróbował jego ostrość na zdrowej części ciała - aż syknął kiedy świecznik się z nim styknął. Wziął więc go do ręki i dźgnął w zniekształconą dłoń. Mimo wielkiej ostrości świecznika nie odczuł absolutnie nic. Z przerażenia spadł z łóżka, na którym siedział.
Nie... To niemożliwe... Nie mogę stracić czucia w dłoni...
-Nie mogę! - krzyknął Harry z desperacji - Nie...
Uderzył rękami w podłogę. W tym właśnie momencie do sali, w której się znajdował wkroczył profesor Snape. Spojrzał na Harry'ego z obrzydzeniem.
-Wstawaj Potter! - warknął.
Harry patrzył na profesora z wyrzutem. Nie chciał teraz widzieć Snape'a, nie w obecnej sytuacji.
-Cholera, Potter! Nie zachowuj się jak dziecko! Miałem zaprowadzić cię do skrzydła szpitalnego jak się obudzisz. Po krzykach, które słyszałem na pewno już to zrobiłeś. Spojrzał na chłopaka tym swoim krzywym uśmieszkiem. - No dalej, ruszaj się.
Nie będę się słuchał takiego starego, obślizgłego nietoperza jak ty!
-Pochamuj się, Potter! Chyba zapomniałeś, że jestem doświadczonym legilimentą.
-Nie. Masz. Prawa. Czytać. W moich. Myślach! - powiedział Harry przez zaciśnięte zęby.
-Właśnie, że mam. I będę to robić dalej, dopóki się na zbierzesz do skrzydła szpitalnego i przestaniesz zachowywać jak dzieciak.
Harry już więcej nie dyskutował. Wstał z podłogi i powlókł się za nauczycielem.
***
Gdy Harry stanął przed drzwiami skrzydła szpitalnego, otworzyły się one przed nim samoczynnnie. Ledwo wszedł do pomieszczenia, podbiegła do niego niska kobieta w pielęgniarskim wdzianku - Poppy Pomfrey. Harry nie zdążył nic powiedzieć, pielęgniarka zaciągneła chłopca na najbliższe łóżko.
-Harry, kochaneczku, jest dopiero pierwszy tydzień wakacji... Powinieneś wylądować tutaj najwcześniej we wrześniu!
-Ja wcale nie planowałem się tu znaleźć! Nawet nie pamiętam jak i kiedy się tu pojawiłem... Chwila, mówi pani, że jest pierwszy tydzień wakacji?!
-Tak kochaneczku, a dokładniej 5 lipca.
5 lipca? Powinienem być u Dursleyów... To oni... oni mi to zrobili?
- Yy... Przepraszam, wie pani kto mnie tu przyniósł?
Pani Pomfrey robiła jeszcze coś przy ręce Harry'ego, po czym wyszła do pomieszczenia gospodarczego. Gdy wróciła, odpowiedziała na pytanie chłopca.
-Profesor Severus Snape, kochanie.
S...Snape?! Przecież on mnie nienawidzi! A jak... nie, nie zrobi tego. Chociaż, po nim można się spodziewać wszystkiego. Tylko, dlaczego Snape?! Nie mógł to być Remus, choćby nawet Dumbledore...? Nie mogę dopuścić, żeby ten nietoperz powiedział swoim brudnym Ślizgonom o tym, że słynny Harry Potter jest maltretowany i nie może sobie poradzić z własną rodziną! Już sobie wyobrażam te wyzwiska na korytarzach... a myślałem, że gorzej niż rok temu być nie może....
Twarz Harry'ego przybrała barwę lekkiej purpury, na szczęście opanował się gdy do sali wszedł profesor Dumbledore. Ominął łóżko chłopca, czym trochę zdziwił Harry'ego, i podszedł do pielęgniarki. Poppy przeprosiła na chwilę dyrektora, sprawdziła jeszcze coś na głowie Gryfona (chłopak podejrzewał, że to jakiś bandaż, ale nie wiedział dlaczego go ma) i wróciła do Dumbledore'a. Poszli do pomieszczenia gospodarczego i zamknęli drzwi. Albus dołożył jeszcze kilka zaklęć wyciczających, po czym zwrócił się do Poppy.
-I jak? Co z Harrym?
-Myślę, że z głową wszystko w porządku, nie ma poważniejszych obrażeń. Za to ręka ma się znacznie gorzej. Brak w niej czucia i jest strasznie zniekształcona. Na razie nic nie mogę przy niej robić. Musi pozostać w bandażu przez kilka miesięcy.
Dyrektor milczał przez chwilę, po czym podziękował pani Pomfrey i wyszedł.
Harry patrzył dziwnie na Dumbledore'a. Wszedł i wyszedł nawet na niego nie patrząc. No, niby w zeszłym roku w ogóle nie zwracał na niego uwagi, ale obiecał, że się poprawi. Chłopak musiał przerwać swoje rozmyślenia, bo do sali weszła pani Pomfrey z eliksirem Bezsennego Snu, mówiąc żeby się przespał, bo nie może się przemęczać. Gryfon wcale nie był zmęczony, ale pielęgniarka nie chciała ustąpić. W końcu uległ namowom kobiety, wypił eliksir, położył się i mimowolnie zasnął.
***
Wakacje w Hogwarcie nie były na tyle fajne jak zawsze je sobie wyobrażał. Musiał cały miesiąc leżeć w skrzydle szpitalnym, kompletnie nie wiedział dlaczego, przecież czuł się dobrze. Gdy w końcu mógł wyjść ze szpitala i tak nie pozwalali mu na wiele. Prawą dłoń nadal miał w bandażach, co uniemożliwiało większość zajęć. Quiditch odpadał, ćwiczyć zaklęć również nie mógł. Jedyne co mu pozostało to czytanie i ćwiczenie pisania (pani Pomfrey uprzedziła go, żeby zaczął pisać lewą ręką, bo prawa szybko z bandaża nie wyjdzie.). Większość wolnego czasu spędzał więc w bibliotece. Czuł się jak Hermiona. Nie rozumiał jak ona wytrzymała tam tyle czasu. Gdy nudziło mu się już w bibliotece szedł do pokoju wspólnego. Relacjonując... każdy dzień był taki sam. Harry z utęsknieniem czekał na rozpoczęcie roku szkolnego, niestety dni spędzone w Hogwarcie dłużyły się nieubłaganie. No cóż, może wytrwa jeszcze to pół miesiąca...
***
Wreszcie pierwszy września! Zobaczę Rona i Hermionę, zaczną się zajęcia i wszystko wróci do normy.
Harry Potter przebrał się w szkolną szatę, zmienił bandaż (pani Pomfrey pozwoliła mu już samemu to robić) na swojej prawej dłoni. Zawsze gdy to robił czuł obrzydzenie, niepokój i strach. Ręka wcale nie ulegała poprawie, wręcz przeciwnie. Miał dziwne wrażenie, że jego dłoń może już nigdy nie odzyskać sprawności. Szybko jednak wyrzucił tę myśl z głowy. Gdy skończył się zbierać, zaczął schodzić na dół. Po drodze spotkał kilka duchów, które również zmierzały ku wielkiej sali. Niestety nigdzie nie znalazł Sir Nicolasa. Trudno, może jest już na uroczystości. Gdy zatrzymał się przed drzwiami prowadzącymi do Wielkiej Sali, usłyszał zwrócone do niego głosy.
- Harry! - krzyknęła Hermiona i mocno przytuliła przyjaciela.
- Cześć, Hermiono. - chłopak uśmiechnął się i odwzajemnił uścisk.
Ron patrzył na to trochę spode łba. Harry wiedział z jakiego powodu, dlatego szybko przerwał swój kontakt z dziewczyną. Rudzielec od jakiegoś czasu próbował się zbliżyć do Hermiony, ale nie miał odwagi. Zawsze jak Gryfonka przytulała Harry'ego czuł się źle. Wybraniec Spojrzał na niego przepraszająco. Na szczęście Ron nie gniewał się na niego zbyt długo. Podszedł do Gryfona i uścisnął go przyjacielsko. Nagle coś zauważył.
- Harry, co się stało z twoją ręką? To sprawka twoich głupich krewnych? - zapytał niepewnie. Hermiona szybko zabrała rękę Harry'ego słysząc słowa Rudzielca.
- A, to nic takiego. - powiedział Potter, żeby nie martwić przyjaciół. Toteż dlatego skłamał - Tylko lekkie złamanie. Nie pamiętam kiedy to się stało, ale...
- Od kiedy tutaj jesteś?
Kurde. Hermiona zawsze musi się czepiać szczegółów. Przy niej prawda zawsze wyjdzie na jaw...
Harry pomyślał chwilę przewracająć oczami. No niestety, musi powiedzieć prawdę.
- Od... - jeszcze raz spojrzał się w lewo unikając wzroku Hermiony. - ...od 5 lipca. - powiedział zmieszany.
Ron popatrzył na niego spojrzeniem, którego nie potrafię określić. Był w nim niepokój, zdziwienie, współczucie? Natomiast u Hermiony emocje wpływały na wierzch. Dosłownie.
- Czy... czy tu nie pomyślałeś, że jak jesteś tu tak długo i do tego w CZARODZIEJSKIM szpitalu to powinieneś już z tego wyjść?! - spojrzała na Harry'ego ze smutkiem. - Harry, to musi być coś poważnego. - Wybraniec słuchał jej z nieukrywanym strachem. - I to nie jest złamanie. Przy nim jest nakładany gips. - podeszła do chłopaka patrząc mu głęboko w oczy. - Mnie nie oszukasz.
Ron popatrzył na Harry'ego zdezorientowany. Potter odwzajemnił spojrzenie i podszedł do drzwi Wielkiej Sali.
- Uczta już się zaczęła...
- Nie próbuj zmieniać tematu...!
- Chodźmy zanim wszystko zjedzą. - powiedział łamiącym się głosem. Uśmiechnął się próbując rozluźnić przyjaciół.
- Racja, potem się nad tym pozastanawiamy. - podsumował Ron i cała trójka weszła do Wielkiej Sali.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~☆~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Koniec rozdziału drugiego. Mam nadzieję, że się podobał. Dostaliście rozdział po tak długiej przerwie (pół roku), a więc się cieszcie xd. Tak mnie naszło na przepisywanie, więc nie mogę wam powiedzieć kiedy będzie następny rozdział, nie chcę niczego obiecywać. Powiem tylko, że w następnym będzie zmiana perspektywy, bo łatwiej i więcej będzie mi się pisać w pierwszej osobie. A więc, do zobaczenia!
EJ, ALE TEGO NIE BYŁO XD
OdpowiedzUsuńJA TEGO NIE CZYTAŁAM
WCHODZE: WEJDE... NUDZI MI SIE... O,ROZDZIAŁ. O KURDE!!! ROZDZIAŁ!!! 11! 1!!! 1!!!!! 1
Eliksir bezsennego snu? Jest taki? Chyba chodziło Ci o słodkiego ale nieważne. Zajebuoza mistrzyni ,ale jednej rzeczy nie ogarniam. Dlaczego drugie opowiadanie ,które piszesz w zeszycie ,który wygląda jak książka piszesz z szybkością pendolino a TP jakoś tak wolno....
OdpowiedzUsuń●Jest eliksir bezsennego snu. Pomfrey podawała mu go, żeby nie miał koszmarów i tak jakoś go tutaj dodałam...
Usuń●No cóż... Czasami tak bywa xd. Tam jest już 17 rozdziałów, w tym opowiadaniu piszę dopiero 4... Zastój weny, weny i jeszcze raz weny. Ale spokojnie. Kiedyśtam mi powróci :P