sobota, 6 grudnia 2014

Rozdział I

Harry zatrzymał się przed domem na ulicy Privet Drive 4. Było już późno, koło 23:00. Nie wiedział czy lepiej wejść teraz czy zaczekać do jutra. Możliwe, że Dursleyowie już śpią, ale jeśli nie to swoim przyjściem o tak późnej porze może ich strasznie zdenerwować. Zdecydował, że zaczeka do rana. Już zmierzał do krzaka róży, w którym krył się rok temu, kiedy nagle usłyszał za sobą jakiś głos.
— Potter!
Harry odwrócił się. To był Dudley. Wybraniec nie spodziewał się, że po wydarzeniu z dementorami, które miało miejsce rok temu jego tłusty kuzyn nadal bedzie się włóczył o tej porze.
— Co? Nie jesteś już taki śmiały, gdy twój kochany ojculek chrzestny NIE ŻYJE?!
Harry czuł, że buduje w nim gniew. Już miał zamiar wyjąć różdżki, ale Dudley był szybszy. Popchnął Harry'ego na ścianę gdzie znajdował się jego kufer. Ten pod wpływem impulsu przewrócił się na Harry'ego. Hałas wybawil Dursleyów z domu.
- Co tu się dzieje?! - krzyknął wuj Vernon.
Zaraz za nim wyszła ciotka Petunia.
— Dudziaczku! Nic ci się nie stało? Co spowodowało ten hałas?
Dudley wskazał palcem miejsce, w którym leżał Harry.
— Ten dziwoląg przyjechał! Zaczynam z nim normalnie rozmawiać, a on chciał mnie zaczarować!
- Cooo?! - wybuchł wuj Vernon - Ty gówniarzu! Wstawaj mi tu natychmiast!
"Jak mam to niby zrobić? Możliwe, że twój synalek zmiażdżył mi rękę i do tego ten głupi kufer mnie przygniótł!"
Harry spróbował zdjąć z siebie swój kufer. Gdy mu się to udało Vernon podniósł go gwałtownie jedną ręką i rzucił na podłogę w przedpokoju. Różdżka Harry'ego wypadła z kieszeni i poturlała się w stronę wuja.
"Nie..."
Vernon Dursley zmierzał w kierunku Harry'ego. Zatrzymał się ujrzawszy rożdżkę. Harry zaczął się do niej czołgać.
"Nie bierz tego... Zostaw ją..."
Był już tak blisko, zaledwie kilka centymetrów od różdżki kiedy wuj Vernon ją podniósł. W oczach miał dziki błysk, zaśmiał się szyderczo.
— Zostaw ją!
Dursley spojrzał na Harry'ego z pogardą.
— Nie masz swojego magicznego patyka. — pomachał nim w stronę Harry'ego - Twój kochany morderca teraz nie żyje! Nie masz nikogo kto by ci pomógł!
- Odwal się!
Vernon kopnął Harry'ego w brzuch. Chłopak jęknął, ale spojrzenie nadal miał utkwione w Dursleya.
— Nie będziesz mi mówić co mam robić dziwolągu! Mogę zrobić z tobą to co mi się będzie podobac! Jesteś zwykłym śmieciem!
Po jeszcze jednym kopniaku Harry'emu pociemniało przed oczami. Był dość oszołomiony, ale nieudolnie spróbował wstać. Gdy w końcu mu się udało chciał pójść odzyskać swoją rożdżkę, ale pomyślał, że już dość rozzłościł wuja Vernona.
— Co tak stoisz?! Zabieraj swoje dziwaczne majątki do komórki i jazda na górę! Żebym cie tylko nie słyszał! I nie myśl, że odzyskasz swój badyl.
Harry szybko (przynajmniej na tyle na ile pozwalał mu ból w żebrach) wyszedł na dwór, zabrał swój kufer i zamknął go w komórce. Chciał wziąć przynajmniej jedną książkę, ale jego plany legły w gruzach, gdyż Vernon cały czas na niego patrzył. Dopiero gdy zniknął w swoim pokoju doznał upragnionego spokoju. Żebra nadal go bolały, nie miał swojej różdżki, ale czuł się dziwnie dobrze.
                                                                             ***
Następnego dnia Harry obudził się cały zlany potem, do tego ból w żebrach nadal mu dokuczał. Znowu śniła mu się śmierć Syriusza,  jak i również Cedrick'a, jego rodziców, Remusa (nie wiedział dlaczego on mu się śnił. Bał się, że to może się zdarzyć w przyszłości i to oczywiście przez niego). Voldemort wygrał,  Harry'ego trzymałw niewoli . Te sny nawiedzały go codziennie od czasów bitwy w Ministerstwie Magii. Zawsze,  gdy się obudził chciało mu się płakać,  zwłaszcza teraz, gdy wiedział,  że jego najbardziej kochającą, a za razem jedyną rodziną są Dursleyowie. Spojrzał na zegarek.
— Na gacie Merlina,  już ósma?! Dursleyowie mnie zabiją...
Harry szybko nałożył pierwsze lepsze spodnie,  wczorajszą koszulę i szybko zbiegł do kuchni. W progu powitała go ciotka Petunia.
— Co tak późno?! Wiesz w ogóle,  która godzina?! Dudziaczek niedługo wstanie, musi dostać śniadanie na czas. A Vernon wyszedł do pracy bez śniadania.
— Mógł sam sobie zrobić - mruknął Harry, niestety na tyle głośno, żeby Petunia to usłyszała.
— Co ty sobie myślisz?! Mój mąż nie ma czasu, żeby samemu robić sobie śniadanie! A teraz migiem do kuchni! Sprężaj się!

Ciekawe jak sobie radzili, gdy mnie nie było... - chłopak wyjął patelnię i postawił ją na gazie. - Jeśli RAZ nie wstałem i już taka afera... Może to z powodu Syriusza? 

Gdy pomyślał o swoim swoim ojcu chrzestnym przez chwilę nie mógł oddychać. Przed oczami znowu miał Syriusza wpadają za zasłonę. Z zamyślenia wyrwał go zapach spalenizny. Spojrzał na palnik. Cały czas trzymal rękę na patelni.
— O kurwa! - szybko zabrał rękę z palnika - Ale kurewsko boli!
Harry pobiegł do komórki po apreczkę, ale akurat wtedy Dudley schodził na śniadanie. Gdy zobaczył Harry'ego,  postanowił wykorzystać sytuację. Zaczął krzyczeć.
- Mamo! - zawołał, idealnie naśladując zbitą świnkę.
— Dudley! Zamknij się, potrzebuję apteczki!
- Mamo! Harry chce się zakraść do komórki!
Przed nimi w mgnieniu oka pojawiła się ciotka Petunia. Zwróciła się do Harry'ego.
— Mówiliśmy ci coś,  smarkaczu! Masz zakaz wstępu do komórki! - zamachnęła się i uderzyła patelnią w zranioną rękę Harry'ego.
Ból, który przeszył jego ciało był jeszcze gorszy, niż wczorajsze zabawy wuja Vernona. Czuł jakby wszystkie nerwy w jego dłoni przestały funkcjonować, ale ręka nadal strasznie go paliła. Jęknął. Ciotka Petunia chyba to zauważyła, ale nic nie powiedziała. Zaczęła oddalać się od miejsca zdarzenia, a Dudley poszedł za nią z satysfakcją patrząc się na obolałego Harry'ego. Po chwili, ku zdziwieniu chłopców, ciotka się zatrzymała. Odwróciła głowę i popatrzyła przeciągle na młodego Pottera. Chyba dopadły ją wyrzuty sumienia, bo weszła do komórki, wzięła bandaż i podała go bez słowa Harry'emu. Chłopak zdziwił się jej zachowaniem, ale nie myślał o tym dłużej. Podziękował lekkim skinieniem głowy i prędko pobiegł do łazienki. Obmył sparzoną, a na dodatek zmiażdżoną przez morderczą patelnię ciotki Petunii rękę. Gdy woda styknęła się z jego dłonią odczuł bół jeszcze gorszy od poprzedniego. Szybko zakręcił kurek.

Co do diaska? Już kilka razy oparzyłem sobie rękę na eliksirach, ale kurwa, aż tak nie bolało! I jeszcze do tego prawa ręka... Oby do września się zagoiła, bo nie wiem jak ja będę sobie radził... Proszę, taki ze mnie Chłopiec-Który-Pokona-Voldemorta... Nie potrafiłbym rzucać zaklęć jebaną lewą ręką! Może jak zabandażuję, to nie będzie tak bardzo doskwierać i szybciej się wykuruje...

Harry niezbyt zgrabnie (w końcu jak sam zauważył nie jest leworęczny) zabandażował skontuzjowaną dłoń kilka razy ją podrażniając. Gdy skończył, poszedł do swojego pokoju. Wiedział, że to się źle skończy, a jak wróci wuj Vernon oberwie. Zbyt dużo już dzisiaj nabroił, do tego wzbudził żal u ciotki... Klapnął na łóżko i spojrzał na puste miejsce po klatce Hedwigi. Pamiętał, jak wczoraj wuj wyrzucił ją przez okno. Gdy wyszedł z jego pokoju Harry spojrzał za nie i zobaczył jak sowa wychodzi z klatki, która pod wpływem uderzenia się otworzyła. Spojrzała na chłopaka i po jego wzroku od razu zrozumiała co miała zrobić. Wzbiła się w niebo i poleciała w stronę Nory.

Chciałbym, żebyś tu była Hedwigo...

Harry położył się na łóżku i nawet nie zauważył kiedy zasnął.

                                                                       ***

Obudził go wrzask wuja Vernona.
- Chłopcze! Złaź mi tu natychmiast!
Gdy Harry wstawał, podparł się zabandażowaną ręką. Znowu przeszyła go fala bólu.

Boże! Cały czas o tym zapominam!

Kiedy Harry zszedł n dół, wuj powitał go zdrowym uderzeniem w głowę. Chłopak na chwilę stracił równowagę, ale się nie przewrócił.
- Czemu zaniedbujesz swoje obowiązki?! Nie dość, że nikt dzisiaj nie dostał śniadania i musieliśmy sobie radzić sami to jeszcze spałeś w biały dzień! Ty niewdzięczny...
Więcej Harry już nie usłyszał, bo cios, który wymierzył wuj Vernon był tak silny, że aż stracił przytomność.

                                                                          ~~~~

Przepraszam, że nie było posta tydzień temu... Dlatego jest niestety dzisiaj, a rozdział, który miał być właśnie dzisiaj będzie jutro, okay?
Życzę wam miłych Mikołajek spędzonych w gronie rodziny. Możecie się pochwalić w komentarzach co dostaliście ;). Moim prezentem dla was jest ten oto rozdział i dedykacja dla wszystkich obserwatorów! :D
No więc, widzimy się jutro przy Rozdziale Drugim.
Nox ;*

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz