Harry obudził się w dziwnym pomieszczeniu. Nie rozpoznał go, ale wiedział, że znajdował się w Hogwarcie. Czuł się dziwnie. Miał wrażenie, że wakacje dopiero się zaczęły, a tu już rok szkolny.
Dziwne...
Nie pamiętał nic co się działo u Dursleyów, więc przeżył szok widząc swoją zabandażowaną rękę. Odwinął delikatnie opatrunek. To co zobaczył przekroczyło jego najśmielsze oczekiwania. Jego dłoń była dosyć mocno spalona, w niektórych miejscach zmieniła kolor. Z szeroko otwartymi ustami delikatnie ją dotknął. Nie poczuł nic. Dotknął trochę mocniej - znowu nic. Po dłuższym namyśle postanowił dźgnąć ją świecznikiem, który leżał na stole. Najpierw wypróbował jego ostrość na zdrowej części ciała - aż syknął kiedy świecznik się z nim styknął. Wziął więc go do ręki i dźgnął w zniekształconą dłoń. Mimo wielkiej ostrości świecznika nie odczuł absolutnie nic. Z przerażenia spadł z łóżka, na którym siedział.
Nie... To niemożliwe... Nie mogę stracić czucia w dłoni...
-Nie mogę! - krzyknął Harry z desperacji - Nie...
Uderzył rękami w podłogę. W tym właśnie momencie do sali, w której się znajdował wkroczył profesor Snape. Spojrzał na Harry'ego z obrzydzeniem.
-Wstawaj Potter! - warknął.
Harry patrzył na profesora z wyrzutem. Nie chciał teraz widzieć Snape'a, nie w obecnej sytuacji.
-Cholera, Potter! Nie zachowuj się jak dziecko! Miałem zaprowadzić cię do skrzydła szpitalnego jak się obudzisz. Po krzykach, które słyszałem na pewno już to zrobiłeś. Spojrzał na chłopaka tym swoim krzywym uśmieszkiem. - No dalej, ruszaj się.
Nie będę się słuchał takiego starego, obślizgłego nietoperza jak ty!
-Pochamuj się, Potter! Chyba zapomniałeś, że jestem doświadczonym legilimentą.
-Nie. Masz. Prawa. Czytać. W moich. Myślach! - powiedział Harry przez zaciśnięte zęby.
-Właśnie, że mam. I będę to robić dalej, dopóki się na zbierzesz do skrzydła szpitalnego i przestaniesz zachowywać jak dzieciak.
Harry już więcej nie dyskutował. Wstał z podłogi i powlókł się za nauczycielem.
***
Gdy Harry stanął przed drzwiami skrzydła szpitalnego, otworzyły się one przed nim samoczynnnie. Ledwo wszedł do pomieszczenia, podbiegła do niego niska kobieta w pielęgniarskim wdzianku - Poppy Pomfrey. Harry nie zdążył nic powiedzieć, pielęgniarka zaciągneła chłopca na najbliższe łóżko.
-Harry, kochaneczku, jest dopiero pierwszy tydzień wakacji... Powinieneś wylądować tutaj najwcześniej we wrześniu!
-Ja wcale nie planowałem się tu znaleźć! Nawet nie pamiętam jak i kiedy się tu pojawiłem... Chwila, mówi pani, że jest pierwszy tydzień wakacji?!
-Tak kochaneczku, a dokładniej 5 lipca.
5 lipca? Powinienem być u Dursleyów... To oni... oni mi to zrobili?
- Yy... Przepraszam, wie pani kto mnie tu przyniósł?
Pani Pomfrey robiła jeszcze coś przy ręce Harry'ego, po czym wyszła do pomieszczenia gospodarczego. Gdy wróciła, odpowiedziała na pytanie chłopca.
-Profesor Severus Snape, kochanie.
S...Snape?! Przecież on mnie nienawidzi! A jak... nie, nie zrobi tego. Chociaż, po nim można się spodziewać wszystkiego. Tylko, dlaczego Snape?! Nie mógł to być Remus, choćby nawet Dumbledore...? Nie mogę dopuścić, żeby ten nietoperz powiedział swoim brudnym Ślizgonom o tym, że słynny Harry Potter jest maltretowany i nie może sobie poradzić z własną rodziną! Już sobie wyobrażam te wyzwiska na korytarzach... a myślałem, że gorzej niż rok temu być nie może....
Twarz Harry'ego przybrała barwę lekkiej purpury, na szczęście opanował się gdy do sali wszedł profesor Dumbledore. Ominął łóżko chłopca, czym trochę zdziwił Harry'ego, i podszedł do pielęgniarki. Poppy przeprosiła na chwilę dyrektora, sprawdziła jeszcze coś na głowie Gryfona (chłopak podejrzewał, że to jakiś bandaż, ale nie wiedział dlaczego go ma) i wróciła do Dumbledore'a. Poszli do pomieszczenia gospodarczego i zamknęli drzwi. Albus dołożył jeszcze kilka zaklęć wyciczających, po czym zwrócił się do Poppy.
-I jak? Co z Harrym?
-Myślę, że z głową wszystko w porządku, nie ma poważniejszych obrażeń. Za to ręka ma się znacznie gorzej. Brak w niej czucia i jest strasznie zniekształcona. Na razie nic nie mogę przy niej robić. Musi pozostać w bandażu przez kilka miesięcy.
Dyrektor milczał przez chwilę, po czym podziękował pani Pomfrey i wyszedł.
Harry patrzył dziwnie na Dumbledore'a. Wszedł i wyszedł nawet na niego nie patrząc. No, niby w zeszłym roku w ogóle nie zwracał na niego uwagi, ale obiecał, że się poprawi. Chłopak musiał przerwać swoje rozmyślenia, bo do sali weszła pani Pomfrey z eliksirem Bezsennego Snu, mówiąc żeby się przespał, bo nie może się przemęczać. Gryfon wcale nie był zmęczony, ale pielęgniarka nie chciała ustąpić. W końcu uległ namowom kobiety, wypił eliksir, położył się i mimowolnie zasnął.
***
Wakacje w Hogwarcie nie były na tyle fajne jak zawsze je sobie wyobrażał. Musiał cały miesiąc leżeć w skrzydle szpitalnym, kompletnie nie wiedział dlaczego, przecież czuł się dobrze. Gdy w końcu mógł wyjść ze szpitala i tak nie pozwalali mu na wiele. Prawą dłoń nadal miał w bandażach, co uniemożliwiało większość zajęć. Quiditch odpadał, ćwiczyć zaklęć również nie mógł. Jedyne co mu pozostało to czytanie i ćwiczenie pisania (pani Pomfrey uprzedziła go, żeby zaczął pisać lewą ręką, bo prawa szybko z bandaża nie wyjdzie.). Większość wolnego czasu spędzał więc w bibliotece. Czuł się jak Hermiona. Nie rozumiał jak ona wytrzymała tam tyle czasu. Gdy nudziło mu się już w bibliotece szedł do pokoju wspólnego. Relacjonując... każdy dzień był taki sam. Harry z utęsknieniem czekał na rozpoczęcie roku szkolnego, niestety dni spędzone w Hogwarcie dłużyły się nieubłaganie. No cóż, może wytrwa jeszcze to pół miesiąca...
***
Wreszcie pierwszy września! Zobaczę Rona i Hermionę, zaczną się zajęcia i wszystko wróci do normy.
Harry Potter przebrał się w szkolną szatę, zmienił bandaż (pani Pomfrey pozwoliła mu już samemu to robić) na swojej prawej dłoni. Zawsze gdy to robił czuł obrzydzenie, niepokój i strach. Ręka wcale nie ulegała poprawie, wręcz przeciwnie. Miał dziwne wrażenie, że jego dłoń może już nigdy nie odzyskać sprawności. Szybko jednak wyrzucił tę myśl z głowy. Gdy skończył się zbierać, zaczął schodzić na dół. Po drodze spotkał kilka duchów, które również zmierzały ku wielkiej sali. Niestety nigdzie nie znalazł Sir Nicolasa. Trudno, może jest już na uroczystości. Gdy zatrzymał się przed drzwiami prowadzącymi do Wielkiej Sali, usłyszał zwrócone do niego głosy.
- Harry! - krzyknęła Hermiona i mocno przytuliła przyjaciela.
- Cześć, Hermiono. - chłopak uśmiechnął się i odwzajemnił uścisk.
Ron patrzył na to trochę spode łba. Harry wiedział z jakiego powodu, dlatego szybko przerwał swój kontakt z dziewczyną. Rudzielec od jakiegoś czasu próbował się zbliżyć do Hermiony, ale nie miał odwagi. Zawsze jak Gryfonka przytulała Harry'ego czuł się źle. Wybraniec Spojrzał na niego przepraszająco. Na szczęście Ron nie gniewał się na niego zbyt długo. Podszedł do Gryfona i uścisnął go przyjacielsko. Nagle coś zauważył.
- Harry, co się stało z twoją ręką? To sprawka twoich głupich krewnych? - zapytał niepewnie. Hermiona szybko zabrała rękę Harry'ego słysząc słowa Rudzielca.
- A, to nic takiego. - powiedział Potter, żeby nie martwić przyjaciół. Toteż dlatego skłamał - Tylko lekkie złamanie. Nie pamiętam kiedy to się stało, ale...
- Od kiedy tutaj jesteś?
Kurde. Hermiona zawsze musi się czepiać szczegółów. Przy niej prawda zawsze wyjdzie na jaw...
Harry pomyślał chwilę przewracająć oczami. No niestety, musi powiedzieć prawdę.
- Od... - jeszcze raz spojrzał się w lewo unikając wzroku Hermiony. - ...od 5 lipca. - powiedział zmieszany.
Ron popatrzył na niego spojrzeniem, którego nie potrafię określić. Był w nim niepokój, zdziwienie, współczucie? Natomiast u Hermiony emocje wpływały na wierzch. Dosłownie.
- Czy... czy tu nie pomyślałeś, że jak jesteś tu tak długo i do tego w CZARODZIEJSKIM szpitalu to powinieneś już z tego wyjść?! - spojrzała na Harry'ego ze smutkiem. - Harry, to musi być coś poważnego. - Wybraniec słuchał jej z nieukrywanym strachem. - I to nie jest złamanie. Przy nim jest nakładany gips. - podeszła do chłopaka patrząc mu głęboko w oczy. - Mnie nie oszukasz.
Ron popatrzył na Harry'ego zdezorientowany. Potter odwzajemnił spojrzenie i podszedł do drzwi Wielkiej Sali.
- Uczta już się zaczęła...
- Nie próbuj zmieniać tematu...!
- Chodźmy zanim wszystko zjedzą. - powiedział łamiącym się głosem. Uśmiechnął się próbując rozluźnić przyjaciół.
- Racja, potem się nad tym pozastanawiamy. - podsumował Ron i cała trójka weszła do Wielkiej Sali.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~☆~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Koniec rozdziału drugiego. Mam nadzieję, że się podobał. Dostaliście rozdział po tak długiej przerwie (pół roku), a więc się cieszcie xd. Tak mnie naszło na przepisywanie, więc nie mogę wam powiedzieć kiedy będzie następny rozdział, nie chcę niczego obiecywać. Powiem tylko, że w następnym będzie zmiana perspektywy, bo łatwiej i więcej będzie mi się pisać w pierwszej osobie. A więc, do zobaczenia!
"Gdy magia traci sens..." - HP Fanfiction
poniedziałek, 29 czerwca 2015
sobota, 6 grudnia 2014
Rozdział I
Harry zatrzymał się przed domem na ulicy Privet Drive 4. Było już późno, koło 23:00. Nie wiedział czy lepiej wejść teraz czy zaczekać do jutra. Możliwe, że Dursleyowie już śpią, ale jeśli nie to swoim przyjściem o tak późnej porze może ich strasznie zdenerwować. Zdecydował, że zaczeka do rana. Już zmierzał do krzaka róży, w którym krył się rok temu, kiedy nagle usłyszał za sobą jakiś głos.
— Potter!
Harry odwrócił się. To był Dudley. Wybraniec nie spodziewał się, że po wydarzeniu z dementorami, które miało miejsce rok temu jego tłusty kuzyn nadal bedzie się włóczył o tej porze.
— Co? Nie jesteś już taki śmiały, gdy twój kochany ojculek chrzestny NIE ŻYJE?!
Harry czuł, że buduje w nim gniew. Już miał zamiar wyjąć różdżki, ale Dudley był szybszy. Popchnął Harry'ego na ścianę gdzie znajdował się jego kufer. Ten pod wpływem impulsu przewrócił się na Harry'ego. Hałas wybawil Dursleyów z domu.
- Co tu się dzieje?! - krzyknął wuj Vernon.
Zaraz za nim wyszła ciotka Petunia.
— Dudziaczku! Nic ci się nie stało? Co spowodowało ten hałas?
Dudley wskazał palcem miejsce, w którym leżał Harry.
— Ten dziwoląg przyjechał! Zaczynam z nim normalnie rozmawiać, a on chciał mnie zaczarować!
- Cooo?! - wybuchł wuj Vernon - Ty gówniarzu! Wstawaj mi tu natychmiast!
"Jak mam to niby zrobić? Możliwe, że twój synalek zmiażdżył mi rękę i do tego ten głupi kufer mnie przygniótł!"
Harry spróbował zdjąć z siebie swój kufer. Gdy mu się to udało Vernon podniósł go gwałtownie jedną ręką i rzucił na podłogę w przedpokoju. Różdżka Harry'ego wypadła z kieszeni i poturlała się w stronę wuja.
"Nie..."
Vernon Dursley zmierzał w kierunku Harry'ego. Zatrzymał się ujrzawszy rożdżkę. Harry zaczął się do niej czołgać.
"Nie bierz tego... Zostaw ją..."
Był już tak blisko, zaledwie kilka centymetrów od różdżki kiedy wuj Vernon ją podniósł. W oczach miał dziki błysk, zaśmiał się szyderczo.
— Zostaw ją!
Dursley spojrzał na Harry'ego z pogardą.
— Nie masz swojego magicznego patyka. — pomachał nim w stronę Harry'ego - Twój kochany morderca teraz nie żyje! Nie masz nikogo kto by ci pomógł!
- Odwal się!
Vernon kopnął Harry'ego w brzuch. Chłopak jęknął, ale spojrzenie nadal miał utkwione w Dursleya.
— Nie będziesz mi mówić co mam robić dziwolągu! Mogę zrobić z tobą to co mi się będzie podobac! Jesteś zwykłym śmieciem!
Po jeszcze jednym kopniaku Harry'emu pociemniało przed oczami. Był dość oszołomiony, ale nieudolnie spróbował wstać. Gdy w końcu mu się udało chciał pójść odzyskać swoją rożdżkę, ale pomyślał, że już dość rozzłościł wuja Vernona.
— Co tak stoisz?! Zabieraj swoje dziwaczne majątki do komórki i jazda na górę! Żebym cie tylko nie słyszał! I nie myśl, że odzyskasz swój badyl.
Harry szybko (przynajmniej na tyle na ile pozwalał mu ból w żebrach) wyszedł na dwór, zabrał swój kufer i zamknął go w komórce. Chciał wziąć przynajmniej jedną książkę, ale jego plany legły w gruzach, gdyż Vernon cały czas na niego patrzył. Dopiero gdy zniknął w swoim pokoju doznał upragnionego spokoju. Żebra nadal go bolały, nie miał swojej różdżki, ale czuł się dziwnie dobrze.
***
Następnego dnia Harry obudził się cały zlany potem, do tego ból w żebrach nadal mu dokuczał. Znowu śniła mu się śmierć Syriusza, jak i również Cedrick'a, jego rodziców, Remusa (nie wiedział dlaczego on mu się śnił. Bał się, że to może się zdarzyć w przyszłości i to oczywiście przez niego). Voldemort wygrał, Harry'ego trzymałw niewoli . Te sny nawiedzały go codziennie od czasów bitwy w Ministerstwie Magii. Zawsze, gdy się obudził chciało mu się płakać, zwłaszcza teraz, gdy wiedział, że jego najbardziej kochającą, a za razem jedyną rodziną są Dursleyowie. Spojrzał na zegarek.
— Na gacie Merlina, już ósma?! Dursleyowie mnie zabiją...
Harry szybko nałożył pierwsze lepsze spodnie, wczorajszą koszulę i szybko zbiegł do kuchni. W progu powitała go ciotka Petunia.
— Co tak późno?! Wiesz w ogóle, która godzina?! Dudziaczek niedługo wstanie, musi dostać śniadanie na czas. A Vernon wyszedł do pracy bez śniadania.
— Mógł sam sobie zrobić - mruknął Harry, niestety na tyle głośno, żeby Petunia to usłyszała.
— Co ty sobie myślisz?! Mój mąż nie ma czasu, żeby samemu robić sobie śniadanie! A teraz migiem do kuchni! Sprężaj się!
Ciekawe jak sobie radzili, gdy mnie nie było... - chłopak wyjął patelnię i postawił ją na gazie. - Jeśli RAZ nie wstałem i już taka afera... Może to z powodu Syriusza?
Gdy pomyślał o swoim swoim ojcu chrzestnym przez chwilę nie mógł oddychać. Przed oczami znowu miał Syriusza wpadają za zasłonę. Z zamyślenia wyrwał go zapach spalenizny. Spojrzał na palnik. Cały czas trzymal rękę na patelni.
— O kurwa! - szybko zabrał rękę z palnika - Ale kurewsko boli!
Harry pobiegł do komórki po apreczkę, ale akurat wtedy Dudley schodził na śniadanie. Gdy zobaczył Harry'ego, postanowił wykorzystać sytuację. Zaczął krzyczeć.
- Mamo! - zawołał, idealnie naśladując zbitą świnkę.
— Dudley! Zamknij się, potrzebuję apteczki!
- Mamo! Harry chce się zakraść do komórki!
Przed nimi w mgnieniu oka pojawiła się ciotka Petunia. Zwróciła się do Harry'ego.
— Mówiliśmy ci coś, smarkaczu! Masz zakaz wstępu do komórki! - zamachnęła się i uderzyła patelnią w zranioną rękę Harry'ego.
Ból, który przeszył jego ciało był jeszcze gorszy, niż wczorajsze zabawy wuja Vernona. Czuł jakby wszystkie nerwy w jego dłoni przestały funkcjonować, ale ręka nadal strasznie go paliła. Jęknął. Ciotka Petunia chyba to zauważyła, ale nic nie powiedziała. Zaczęła oddalać się od miejsca zdarzenia, a Dudley poszedł za nią z satysfakcją patrząc się na obolałego Harry'ego. Po chwili, ku zdziwieniu chłopców, ciotka się zatrzymała. Odwróciła głowę i popatrzyła przeciągle na młodego Pottera. Chyba dopadły ją wyrzuty sumienia, bo weszła do komórki, wzięła bandaż i podała go bez słowa Harry'emu. Chłopak zdziwił się jej zachowaniem, ale nie myślał o tym dłużej. Podziękował lekkim skinieniem głowy i prędko pobiegł do łazienki. Obmył sparzoną, a na dodatek zmiażdżoną przez morderczą patelnię ciotki Petunii rękę. Gdy woda styknęła się z jego dłonią odczuł bół jeszcze gorszy od poprzedniego. Szybko zakręcił kurek.
Co do diaska? Już kilka razy oparzyłem sobie rękę na eliksirach, ale kurwa, aż tak nie bolało! I jeszcze do tego prawa ręka... Oby do września się zagoiła, bo nie wiem jak ja będę sobie radził... Proszę, taki ze mnie Chłopiec-Który-Pokona-Voldemorta... Nie potrafiłbym rzucać zaklęć jebaną lewą ręką! Może jak zabandażuję, to nie będzie tak bardzo doskwierać i szybciej się wykuruje...
Harry niezbyt zgrabnie (w końcu jak sam zauważył nie jest leworęczny) zabandażował skontuzjowaną dłoń kilka razy ją podrażniając. Gdy skończył, poszedł do swojego pokoju. Wiedział, że to się źle skończy, a jak wróci wuj Vernon oberwie. Zbyt dużo już dzisiaj nabroił, do tego wzbudził żal u ciotki... Klapnął na łóżko i spojrzał na puste miejsce po klatce Hedwigi. Pamiętał, jak wczoraj wuj wyrzucił ją przez okno. Gdy wyszedł z jego pokoju Harry spojrzał za nie i zobaczył jak sowa wychodzi z klatki, która pod wpływem uderzenia się otworzyła. Spojrzała na chłopaka i po jego wzroku od razu zrozumiała co miała zrobić. Wzbiła się w niebo i poleciała w stronę Nory.
Chciałbym, żebyś tu była Hedwigo...
Harry położył się na łóżku i nawet nie zauważył kiedy zasnął.
***
Obudził go wrzask wuja Vernona.
- Chłopcze! Złaź mi tu natychmiast!
Gdy Harry wstawał, podparł się zabandażowaną ręką. Znowu przeszyła go fala bólu.
Boże! Cały czas o tym zapominam!
Kiedy Harry zszedł n dół, wuj powitał go zdrowym uderzeniem w głowę. Chłopak na chwilę stracił równowagę, ale się nie przewrócił.
- Czemu zaniedbujesz swoje obowiązki?! Nie dość, że nikt dzisiaj nie dostał śniadania i musieliśmy sobie radzić sami to jeszcze spałeś w biały dzień! Ty niewdzięczny...
Więcej Harry już nie usłyszał, bo cios, który wymierzył wuj Vernon był tak silny, że aż stracił przytomność.
~~~~
Przepraszam, że nie było posta tydzień temu... Dlatego jest niestety dzisiaj, a rozdział, który miał być właśnie dzisiaj będzie jutro, okay?
Życzę wam miłych Mikołajek spędzonych w gronie rodziny. Możecie się pochwalić w komentarzach co dostaliście ;). Moim prezentem dla was jest ten oto rozdział i dedykacja dla wszystkich obserwatorów! :D
No więc, widzimy się jutro przy Rozdziale Drugim.
Nox ;*
— Potter!
Harry odwrócił się. To był Dudley. Wybraniec nie spodziewał się, że po wydarzeniu z dementorami, które miało miejsce rok temu jego tłusty kuzyn nadal bedzie się włóczył o tej porze.
— Co? Nie jesteś już taki śmiały, gdy twój kochany ojculek chrzestny NIE ŻYJE?!
Harry czuł, że buduje w nim gniew. Już miał zamiar wyjąć różdżki, ale Dudley był szybszy. Popchnął Harry'ego na ścianę gdzie znajdował się jego kufer. Ten pod wpływem impulsu przewrócił się na Harry'ego. Hałas wybawil Dursleyów z domu.
- Co tu się dzieje?! - krzyknął wuj Vernon.
Zaraz za nim wyszła ciotka Petunia.
— Dudziaczku! Nic ci się nie stało? Co spowodowało ten hałas?
Dudley wskazał palcem miejsce, w którym leżał Harry.
— Ten dziwoląg przyjechał! Zaczynam z nim normalnie rozmawiać, a on chciał mnie zaczarować!
- Cooo?! - wybuchł wuj Vernon - Ty gówniarzu! Wstawaj mi tu natychmiast!
"Jak mam to niby zrobić? Możliwe, że twój synalek zmiażdżył mi rękę i do tego ten głupi kufer mnie przygniótł!"
Harry spróbował zdjąć z siebie swój kufer. Gdy mu się to udało Vernon podniósł go gwałtownie jedną ręką i rzucił na podłogę w przedpokoju. Różdżka Harry'ego wypadła z kieszeni i poturlała się w stronę wuja.
"Nie..."
Vernon Dursley zmierzał w kierunku Harry'ego. Zatrzymał się ujrzawszy rożdżkę. Harry zaczął się do niej czołgać.
"Nie bierz tego... Zostaw ją..."
Był już tak blisko, zaledwie kilka centymetrów od różdżki kiedy wuj Vernon ją podniósł. W oczach miał dziki błysk, zaśmiał się szyderczo.
— Zostaw ją!
Dursley spojrzał na Harry'ego z pogardą.
— Nie masz swojego magicznego patyka. — pomachał nim w stronę Harry'ego - Twój kochany morderca teraz nie żyje! Nie masz nikogo kto by ci pomógł!
- Odwal się!
Vernon kopnął Harry'ego w brzuch. Chłopak jęknął, ale spojrzenie nadal miał utkwione w Dursleya.
— Nie będziesz mi mówić co mam robić dziwolągu! Mogę zrobić z tobą to co mi się będzie podobac! Jesteś zwykłym śmieciem!
Po jeszcze jednym kopniaku Harry'emu pociemniało przed oczami. Był dość oszołomiony, ale nieudolnie spróbował wstać. Gdy w końcu mu się udało chciał pójść odzyskać swoją rożdżkę, ale pomyślał, że już dość rozzłościł wuja Vernona.
— Co tak stoisz?! Zabieraj swoje dziwaczne majątki do komórki i jazda na górę! Żebym cie tylko nie słyszał! I nie myśl, że odzyskasz swój badyl.
Harry szybko (przynajmniej na tyle na ile pozwalał mu ból w żebrach) wyszedł na dwór, zabrał swój kufer i zamknął go w komórce. Chciał wziąć przynajmniej jedną książkę, ale jego plany legły w gruzach, gdyż Vernon cały czas na niego patrzył. Dopiero gdy zniknął w swoim pokoju doznał upragnionego spokoju. Żebra nadal go bolały, nie miał swojej różdżki, ale czuł się dziwnie dobrze.
***
Następnego dnia Harry obudził się cały zlany potem, do tego ból w żebrach nadal mu dokuczał. Znowu śniła mu się śmierć Syriusza, jak i również Cedrick'a, jego rodziców, Remusa (nie wiedział dlaczego on mu się śnił. Bał się, że to może się zdarzyć w przyszłości i to oczywiście przez niego). Voldemort wygrał, Harry'ego trzymałw niewoli . Te sny nawiedzały go codziennie od czasów bitwy w Ministerstwie Magii. Zawsze, gdy się obudził chciało mu się płakać, zwłaszcza teraz, gdy wiedział, że jego najbardziej kochającą, a za razem jedyną rodziną są Dursleyowie. Spojrzał na zegarek.
— Na gacie Merlina, już ósma?! Dursleyowie mnie zabiją...
Harry szybko nałożył pierwsze lepsze spodnie, wczorajszą koszulę i szybko zbiegł do kuchni. W progu powitała go ciotka Petunia.
— Co tak późno?! Wiesz w ogóle, która godzina?! Dudziaczek niedługo wstanie, musi dostać śniadanie na czas. A Vernon wyszedł do pracy bez śniadania.
— Mógł sam sobie zrobić - mruknął Harry, niestety na tyle głośno, żeby Petunia to usłyszała.
— Co ty sobie myślisz?! Mój mąż nie ma czasu, żeby samemu robić sobie śniadanie! A teraz migiem do kuchni! Sprężaj się!
Ciekawe jak sobie radzili, gdy mnie nie było... - chłopak wyjął patelnię i postawił ją na gazie. - Jeśli RAZ nie wstałem i już taka afera... Może to z powodu Syriusza?
Gdy pomyślał o swoim swoim ojcu chrzestnym przez chwilę nie mógł oddychać. Przed oczami znowu miał Syriusza wpadają za zasłonę. Z zamyślenia wyrwał go zapach spalenizny. Spojrzał na palnik. Cały czas trzymal rękę na patelni.
— O kurwa! - szybko zabrał rękę z palnika - Ale kurewsko boli!
Harry pobiegł do komórki po apreczkę, ale akurat wtedy Dudley schodził na śniadanie. Gdy zobaczył Harry'ego, postanowił wykorzystać sytuację. Zaczął krzyczeć.
- Mamo! - zawołał, idealnie naśladując zbitą świnkę.
— Dudley! Zamknij się, potrzebuję apteczki!
- Mamo! Harry chce się zakraść do komórki!
Przed nimi w mgnieniu oka pojawiła się ciotka Petunia. Zwróciła się do Harry'ego.
— Mówiliśmy ci coś, smarkaczu! Masz zakaz wstępu do komórki! - zamachnęła się i uderzyła patelnią w zranioną rękę Harry'ego.
Ból, który przeszył jego ciało był jeszcze gorszy, niż wczorajsze zabawy wuja Vernona. Czuł jakby wszystkie nerwy w jego dłoni przestały funkcjonować, ale ręka nadal strasznie go paliła. Jęknął. Ciotka Petunia chyba to zauważyła, ale nic nie powiedziała. Zaczęła oddalać się od miejsca zdarzenia, a Dudley poszedł za nią z satysfakcją patrząc się na obolałego Harry'ego. Po chwili, ku zdziwieniu chłopców, ciotka się zatrzymała. Odwróciła głowę i popatrzyła przeciągle na młodego Pottera. Chyba dopadły ją wyrzuty sumienia, bo weszła do komórki, wzięła bandaż i podała go bez słowa Harry'emu. Chłopak zdziwił się jej zachowaniem, ale nie myślał o tym dłużej. Podziękował lekkim skinieniem głowy i prędko pobiegł do łazienki. Obmył sparzoną, a na dodatek zmiażdżoną przez morderczą patelnię ciotki Petunii rękę. Gdy woda styknęła się z jego dłonią odczuł bół jeszcze gorszy od poprzedniego. Szybko zakręcił kurek.
Co do diaska? Już kilka razy oparzyłem sobie rękę na eliksirach, ale kurwa, aż tak nie bolało! I jeszcze do tego prawa ręka... Oby do września się zagoiła, bo nie wiem jak ja będę sobie radził... Proszę, taki ze mnie Chłopiec-Który-Pokona-Voldemorta... Nie potrafiłbym rzucać zaklęć jebaną lewą ręką! Może jak zabandażuję, to nie będzie tak bardzo doskwierać i szybciej się wykuruje...
Harry niezbyt zgrabnie (w końcu jak sam zauważył nie jest leworęczny) zabandażował skontuzjowaną dłoń kilka razy ją podrażniając. Gdy skończył, poszedł do swojego pokoju. Wiedział, że to się źle skończy, a jak wróci wuj Vernon oberwie. Zbyt dużo już dzisiaj nabroił, do tego wzbudził żal u ciotki... Klapnął na łóżko i spojrzał na puste miejsce po klatce Hedwigi. Pamiętał, jak wczoraj wuj wyrzucił ją przez okno. Gdy wyszedł z jego pokoju Harry spojrzał za nie i zobaczył jak sowa wychodzi z klatki, która pod wpływem uderzenia się otworzyła. Spojrzała na chłopaka i po jego wzroku od razu zrozumiała co miała zrobić. Wzbiła się w niebo i poleciała w stronę Nory.
Chciałbym, żebyś tu była Hedwigo...
Harry położył się na łóżku i nawet nie zauważył kiedy zasnął.
***
Obudził go wrzask wuja Vernona.
- Chłopcze! Złaź mi tu natychmiast!
Gdy Harry wstawał, podparł się zabandażowaną ręką. Znowu przeszyła go fala bólu.
Boże! Cały czas o tym zapominam!
Kiedy Harry zszedł n dół, wuj powitał go zdrowym uderzeniem w głowę. Chłopak na chwilę stracił równowagę, ale się nie przewrócił.
- Czemu zaniedbujesz swoje obowiązki?! Nie dość, że nikt dzisiaj nie dostał śniadania i musieliśmy sobie radzić sami to jeszcze spałeś w biały dzień! Ty niewdzięczny...
Więcej Harry już nie usłyszał, bo cios, który wymierzył wuj Vernon był tak silny, że aż stracił przytomność.
~~~~
Przepraszam, że nie było posta tydzień temu... Dlatego jest niestety dzisiaj, a rozdział, który miał być właśnie dzisiaj będzie jutro, okay?
Życzę wam miłych Mikołajek spędzonych w gronie rodziny. Możecie się pochwalić w komentarzach co dostaliście ;). Moim prezentem dla was jest ten oto rozdział i dedykacja dla wszystkich obserwatorów! :D
No więc, widzimy się jutro przy Rozdziale Drugim.
Nox ;*
piątek, 21 listopada 2014
Prolog
Harry siedział przy oknie swojego przedziału ekspresu Hogsmeade-Londyn, przysługując się ostatniej przed wakacjami kłótni swoich przyjaciół. Jak zwykle musieli pokłócić się o jakąś błachostkę. Po jakimś czasie przestał rozumieć o czym rozmawiają, po prostu patrzył z pustką w oczach przez okno. Znowu jechał do wujostwa. Wcześniej traktowali go nieco łagodniej, wiedząc, że jego ojciec chrzestny jest czarodziejskim przestępcą zbiegłym z więzienia. Teraz, po śmierci Syriusza wiedział, że będą go traktować jeszcze gorzej niż wcześniej. Mimowolnie zatrząsł się.
— Harry? — spytała Hermiona, widząc jego dziwne zachowanie - coś się stało?
— Huh? A... Nie... chyba nie...
- Nie martw się stary. Będziemy do ciebie pisać. — Dodał widząc zrzędłą minę Harry'ego.
— Dzięki, ale coś mi się wydaje, że w tym roku nienawiść Dursleyów do magii wzrośnie jeszcze bardziej... - spróbował się uśmiechnąć, ale niezbyt mu to wyszło. — I do tego ta sprawa z Syriuszem. Wcześniej trochę się mnie bali, bo powiedziałem im, że jak Syriusz dowie się o moim złym traktowaniu to przybędzie do ich domu i się z nimi rozprawi. — Malutki uśmieszek, bardziej przypominający grymas pojawił się na twarzy Harry'ego. — Teraz nie żyje - "i to przeze mnie" pomyślał Harry.
— Przykro mi, Harry. — powiedziała Hermiona obejmując przyjaciela.
Harry na początku chciał strzepnąć jej rękę, ale pomyślał, że należy mu się trochę uczucia po tym jak zaledwie miesiąc temu stracił swojego ostatniego członka rodziny. Tych ludzi, do których jedzie nie można było nazwać rodziną. Nagle odezwał się Ron.
— Przecież nie muszą wiedzieć o Syriuszu. Po prostu im o tym nie mów.
— To byłoby super rozwiązanie, ale wiesz Ron, mugole mają coś takiego jak telewizję, a tam cały czas mówią o Syriuszu Blacku. Dursleyowie na pewno już wiedzą o jego śmierci...
Twarze przyjaciół posmutniały. Resztę drogi jechali w ciszy, raz na jakiś czas spoglądając w okno. Wszyscy cieszyli się na powrót do domu. Wszyscy oprócz Harry'ego. To ich przygnębiało.
***
Na przystanku w Londynie państwo Weasley i Granger już czekali. Wszyscy z radością powitali swoje pociechy, niektórzy nawet zbyt mocno ( "Mamo, dusisz mnie!" ). Na powitanie od Weasleyów załapał się także Harry. Gdy wszyscy się zebrali Harry pożegnał się z Ronem i Hermioną i ruszył w stronę Privet Drive. Po niego oczywiście nikt nie przyjechał, zwykle to robili (z wielką niechęcią ale jednak). Już czuł, że te wakacje nie będą należały do najlepszych.
*****
Przepraszam, że taki krótki, ale jakoś tak wyszło :D. Na szczęście następne rozdziały będą dłuższe. Myślę, że się spodoba i zapraszam do komentowania :). Pozdrawiam Martynę i Angelikę, to dzięki nim zaczęłam "fachowo" pisać opowiadania. A my widzimy się w następnym poście.
Żegnam ;*
Witajcie ;*
Hejka ;). Tutaj Karry i witam was na moim nowym blogu z Fanfiction o Harrym Potterze. Głównie będzie pojawiać się tu opowiadanie "Gdy magia traci sens ", ale nie zabraknie też różnych one-shot. Będę próbowała dodawać rozdziały regularnie, ale wiecie jak to jest... albo brak weny, albo czasu... No ale cóż, będę się starać. :). Teraz kończę ten zapoznawczy post i zapodaję wam Prolog fanfica "Gdy magia traci sens ".
A więc, do napisania ;)
Buja!
A więc, do napisania ;)
Buja!
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)